wybor_jeansy
0

Nie boję się wyboru.

Ostatnio coś mnie zaczęło prześladować. I niestety nie jest to żaden przystojny kawaler ani szczęście w postaci pasma sukcesów. Jest to teoria, która narodziła się w moim mniemaniu nagle i zdaje się podbijać środowisko ludzi wiecznie analizujących świat. Teoria, że znalezienie właściwego partnera wydaje się być dziś tak trudne, ze względu na ogromny wybór.

Volant pisał, że szukanie owego w XXI wieku przypomina zakupy w supermarkecie. Nie ma produktów i rzeczy, których nie możesz znaleźć, w dodatku na każdym kolejnym regale – ewentualnie w kolejnym supermarkecie – za lepszą cenę. Po co więc kupować od razu, skoro można wybierać w nieskończoność? Czy to jest przyczyna?

Jedna z kilku ekstremalnie pewnych rzeczy w świecie to to, że wchodząc w dany związek, któregoś dnia spotkasz kogoś atrakcyjniejszego niż Twój partnerka lub partnerka. Nie wiem, czy to będzie po dwóch latach od Twojej decyzji o ślubie czy po dziesięciu. Nie wiem, czy to będzie atrakcyjność intelektualna czy aparycyjna, a może obie naraz plus ten błysk w oku. Ale wiem, że to się stanie i nie ma opcji, że nie. Bo to normalne. Żadna kobieta nie ma wiecznie 20 lat, uśmiechu na twarzy przez całe życie, dystansu do każdego pojawiającego się problemu i nieprzerwanej ochoty na seks. Zawsze będzie ta powierzchownie atrakcyjniejsza. Dziewczyna z przystanku, instruktorka tańca, koleżanka z pracy. Żaden facet nie siedzi całe życie na siłowni, nie pokazuje siły w każdej sytuacji, nie patrzy na Ciebie tak jak to robił, kiedy dopiero zakochiwał się w Twoich oczach. Zawsze będzie ten, który sprawi, że na nowo zmiękną Ci kolana. Twój nauczyciel angielskiego, starszy brat kolegi albo On dwa krzesła dalej na rodzinnym weselu.

Ale to nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli dobrze wybierzesz. Nie możesz dobrze wybrać, nie mając … wyboru. Brzmi logicznie?

Muszę przyznać, ze kradnę przyrównanie wyboru partnera życiowego do wyboru idealnie leżących jeansów, którego źródła nie potrafię przywołać. Za to przywołam moją teorię.

Wyobraź sobie, że chcesz sobie kupić nowe jeansy. Chcesz, żeby były zajebiste. Wchodzisz do sklepu i ekspedientka mówi, że obecnie na stanie mają 20 par. Masz dwie godziny wolnego na zakupy. Rozpoczynasz przymierzanie.

Sytuacja 1: Przymierasz pierwsze. Są słabe. Drugie. Też. Dochodzisz do dziesiątych, powoli Ci się nie chce, dzwonisz do koleżanki, a ona mówi Ci, że masz za duży wybór. Wzięłabyś jedne i po problemie. Ty jej jednak nie wierzysz. Mierzysz dalej. Dochodzisz do dziewiętnastych i dalej nie pasują. Z bijącym sercem i stresem, że nie zdążysz w dwie godziny, przymierzasz dwudzieste. I wiesz co? One też Ci nie pasują. Zrezygnowana wychodzisz ze sklepu i przyznajesz koleżance rację.

Okej to teraz wyobraź sobie, że warunki początkowe są takie same, jednak na początku dochodzi coś jeszcze.

Sytuacja 2: W głowie masz wizję. Mają idealnie uwypuklać Twoje jędrne pośladki, szwy nie powinny uciekać na przednią część łydki, odcień powinien pasować do numeru E189 z palety kolorów, a po prawej stronie w pasie mają mieć jasny, średniej wielkości guziczek.  Przymierzasz pierwsze. Są słabe. To samo z drugimi. Dochodzisz do szóstych, mija 40 minut a Ciebie dopada lekki kryzys. Wtedy jeszcze raz sięgasz w pamięci do swojej wizji i lecisz. Przy piętnastych chcesz się poddać, ale powtarzasz krok z powrotem do swojej wizji i wreszcie przy siedemnastych mówisz: To te! Chcę je!

Wiesz, co łączy te dwie sytuacje? Duży wybór. Chęć znalezienie odpowiednich jeansów dla siebie. Tak.

A co je dzieli? Ty. Dzieli je to, że w pierwszym przypadku tak naprawdę nie wiesz, czego chcesz, więc szukasz po omacku. Mogłabyś przymierzyć kolejne 20 par i wyjść ze sklepu z dokładnie takim samym przeświadczeniem, że nie znalazłaś tych idealnych, a gdyby ekspedientka na odchodne zapytała Ci, jakich właściwie szukasz, bo przecież one może sprawdzić ich stan w systemie, przygryzłabyś wargę i wyjąkała: „Ehm… no, jakichś takich… fajnych”. Bo tak naprawdę minęłaś te siedemnaste idealne, jeansy, miałaś je na sobie i mogłaś z nimi wyjść ze sklepu. Ale tego nie zrobiłaś. Bo nie wiedziałaś, czego chcesz.

Kiedy coś nie wychodzi, możesz szukać winnych, siedzieć i płakać, chcieć się poddać i wziąć pierwsze lepsze jeansy. Ale możesz też usiąść z długopisem i kartą przy stole, zamknąć oczy, zastanowić się czego tak naprawdę chcesz, a później zrozumieć, że to gdzieś jest. Tylko przejmij kontrolę i tak zwyczajnie idź po to.

I nie bierz niczego po drodze.

Przecież dokładnie wiesz, czego szukasz.